ad

Translate

Meksyk

TRASA WYPRAWY

Wstęp

Przygotowanie do wyprawy rozpocząłem prawie pół roku przed wyjazdem. Przeczytałem kilka książek, dwa przewodniki i przejrzałem kilkanaście prywatnych i komercyjnych stron internetowych. Mimo sporych kosztów, braku rezerwacji w hotelach i schroniskach wyjazdem zainteresowały się cztery osoby. W naszej wesołej gromadce była jedna osoba mówiąca po hiszpańsku.
Czekając do ostatniej chwili kupiliśmy bilety lotnicze w biurze AirFrance. Niestety kosztowały kilkaset złoty więcej niż oczekiwałem. Za lot z Warszawy przez Paryż do Mexico City i powrót Cancun-Mexico City-Paryż-Warszawa zapłaciłem ponad 3000 PLN. Kupując bilet Warszawa-Mexico City-Warszawa można było zapłacić ok. 500 zł mniej. Jednak to oszczędność pozorna, gdyż bilet kupiony w Meksyku na lot Cancun-Mexico City kosztował ok. 150 USD. Poświęciłem kilka zdań przelotowi gdyż jego koszt stanowił ok. 50% całości. Jeżeli uda się wam kupić tani bilet, to wakacje będą znacznie tańsze. W Meksyku spotkaliśmy Polaków, którzy kupili bilet z Londynu do Cancunu za ok. 1500 zł korzystając z http://www.travelrepublic.co.uk/. Licząc na tak atrakcyjną ceny należny pamiętać o następujących warunkach:
  • należy doliczyć koszt transport z Warszawy do Londynu.
  • należy doliczyć koszt transportu np. z Mexico City do Cancunu (zakładam, że jedziecie na wycieczkę objazdową)
  • należy bardzo elastycznie podchodzić do terminów wylotu i przylotu. Nie każdy ma taką możliwość, a poza tym planując wycieczkę np. na trzy tygodnie może się okazać, że promocja obejmuje powrót po dwóch tygodniach.
Z Warszawy wylecieliśmy o 12.45. Podróż minęła w miarę dobrych warunkach z wyjątkiem niewygodnych foteli i fatalnego żarcia serwowanego w samolotach. Po jednej przesiadce w Paryżu, do Meksyku dolecieliśmy ok. 21.30.
Do hotelu pojechaliśmy taksówką pre-paid po 21 USD. W trakcie drogi spytaliśmy taksówkarza ile czasu będziemy jechać z lotniska do hotelu. On spojrzał się na nas dziwnie i odpowiedział: Czy spieszy wam się gdzieś? Chwila konsternacji i poczuliśmy, że jesteśmy na wakacjach w Meksyku.


Mexico City, Guadalupe, Teotihuacan


W hotelu Moneda dostaliśmy pokój 4 osobowy ze śniadaniem i kolacją (14 USD za osobę). Następnego dnia po niezłym śniadaniu pojechaliśmy obejrzeć Muzeum Antropologiczne. Obiekt muzeum został zaprojektowany przez Pedro Ramírez Vazquez. Dach w kształcie parasola jest wsparty tylko na jednej kolumnie. W środku można obejrzeć eksponaty pochodzące z różnych epok i ludów zamieszkujących obecny Meksyk. Trudno wyróżnić pojedynczy eksponat, czy wystawę. Wszystko robi wspaniałe wrażenie. Pozwolę sobie wspomnieć o kalendarzu Azteków i 'głowach Olmeków'.
Przy centralnym palcu Mexico City - Zocalo stoi duża XVI wieczna katedra. W środku można obejrzeć główny, zdobiony złotem ołtarz i szereg mniejszych ołtarzyków. Meksykanie zdobią boczne ołtarze wstążeczkami, na których wypisują różne intencje. Na jednym z tych ołtarzy można było przeczytać intencje związane z zachowaniem w tajemnicy przez osoby trzecie osobistych sekretów np. w intencji pana xxx, żeby zachował w sercu mój sekret, o którym dowiedział się przypadkowo.
Kolejnego dnia wyruszyliśmy na całodzienną wycieczkę wykupioną w miejscowym biurze podróży. Na początek zwiedziliśmy Sanktuarium Matki Boskiej w Guadalupę. Bardzo interesującą historię objawienia Matki Boskiej z Guadalupe, a w rezultacie powstania Świętego Obrazu i Sanktuarium można przeczytać na stronach Opoki http://www.guadalupe.opoka.org.pl.
Akurat dniu naszej wycieczki odbywała się religijna pielgrzymka mieszkańców stanu Puebla. Zgodnie z meksykańską tradycją, co roku każdy stan powinien odbyć pielgrzymkę do Świętego Obrazu. Tysiące mieszkańców przyjechało oddać hołd i modlić się przed obrazem Św. Panienki z Guadalupe. Część pielgrzymów ubrana była w tradycyjne stroje tego regionu. Przed Sanktuarium odbywały się tańce i pokazy artystyczne ku czci patronki Meksyku. Niestety ze względu na tłumy pielgrzymów i dość szybkie tempo wycieczki, obraz Matki Boskiej widzieliśmy dosłownie przez chwilę. Zabrakło również czasu na dłuższe skupienie duchowe w świętym miejscu. W pamięci pozostał Św. Obraz, wzniosła atmosfera i rzesze modlących się Meksykanów.
Przed starą Bazyliką stoi pomnik Jana Pawła II wykonany z brązu, wzniesiony w 1981 r. Pomnik, a przede wszystkim rozmowy z Meksykanami uświadomiły nam jaką sympatią, podziwem i szacunkiem darzą Meksykanie zmarłego rok temu Papieża.
Kolejnym punktem była wizyta w miejscowym sklepie. Zaprezentowano nam metody obróbki kamieni półszlachetnych i poczęstowano kieliszkiem tequili.
Na koniec pojechaliśmy do Teotihuacan. Prekolumbijskie centrum religijne powstawało od II w. p.n.e. do II w naszej ery. Kompleks wygląda bardzo majestatycznie, ale w większości został zrekonstruowany w XX wieku. Części zrekonstruowane bardzo łatwo rozpoznać po małych kamyczkach w zaprawie murarskiej. Do najsłynniejszych budowli należą Piramida Słońca i Księżyca. Z obu budowli roztacza się wspaniały widok na cały kompleks. Zdecydowanie warto się wysilić i wejść na szczyt.
Na koniec dnia wybraliśmy się do Pałacu Narodowego, żeby podziwiać murale lewicującego artysty Diego Rivery. Ostatnio, dzięki filmowy 'Frida' z Salmą Hayek, bardziej popularna jest jedna z jego żon - malarka Frida Kahlo.

Oaxaca, Monte Alban, Santa Cruz Huatulco


Kolejnym punktem naszej wyprawy była Oaxaca. W mieście znaleźliśmy bardzo drogi nocleg po 350 pesos/pokój w luksusowym hotelu. Budynek znajdował się niedaleko skrzyżowania, na którym stały panienki lekkich obyczajów. Niestety w tej wygórowanej cenie nie było ani śniadania ani panienek;)
W Oaxace zwiedziliśmy przepiękny kościół przy klasztorze Dominikanów. W środku świątynia ozdobiona była freskami i drzewem genealogicznym założyciela zakonu. Dobre wrażenie robi miejscowe, zadbane Zocalo. Włócząc się po mieście trafiliśmy do 'dzielnicy czekolady'. W jednej z licznych fabryczek kakao i czekolady można było zobaczyć jak powstają smakołyki z nasion kakaowca. Miejscowi producenci chętnie częstowali próbkami wyrobów.
W Meksyku bardzo popularna jest czekolada pitna, robiona na wodzie lub mleku. Zresztą wyraz czekolada pochodzi z azteckiego języka: czoko-latl i oznacza 'napój kakaowy'.
Po zwiedzeniu Oaxaci pojechaliśmy miejscowym autobusem do El Tuli. Na miejscu rośnie 2000 letni cyprys. Drzewo o największym obwodzie pnia w obu Amerykach - 58 metrów robi niesamowite wrażenie i uczy respektu dla przemijania życia.
Następnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę do Monte Alban (przejazd w obie strony z Oaxaci - 38 pesos, wstęp 45 pesos). Położone na wzgórzu centrum religijno-mieszkalne w okresie świetności liczyło 25 tys. Zapoteków. Ruiny w Monte Alban są położone na rozległym terenie i tylko część z nich została odkopana przez archeologów. Niestety wszystkie grobowce były zamknięte, a w muzeum zmieniano wystawy. Niemniej jednak warto wybrać się do ruin miasta Zapoteków.
Po powrocie z Monte Alban pojechaliśmy nocnym kursem do Santa Cruz Huatulco. Podróż krętymi drogami trwała ok. 8 godzin. Znaleźliśmy nocleg w hotelu oddalonym ok. 0,5 km od Pacyfiku (250 pesos/pokój). Półtora dnia spędziliśmy na plaży w pięknej zatoczce, otoczonej skalistymi wzgórzami porośniętymi krzewami. Skwar na plaży łagodziła orzeźwiająca bryza od strony Oceanu i kąpiele wśród wzburzonych fal Pacyfiku. Po dwudniowym relaksie kupiliśmy autokarowe bilety (300 pesos) do San Cristobal de las Casas. 11 godzin jazdy krętymi górskimi drogami i dotarliśmy do celu.

Chiapas


Udało nam się znaleźć tani nocleg w schronisku. Noc ze skromnym śniadaniem kosztowała 45 pesos/osobę. San Cristobal de las Casas odpowiadało mojemu wyobrażeniu o typowym spokojnym meksykańskim miasteczku. Ładne, tonące w zieleni Zocalo z Katedrą po środku. Na krańcu miasta egzotyczny bazar z miejscowym jedzeniem, owocami, ubraniami i pamiąteczkami.
W niedzielę pojechaliśmy na wycieczkę (120 pesos) do San Juan Chamula. Wioska słynie z oryginalnych indiańskich ceremonii. Anglojęzyczna przewodniczka dokładnie opisywała symbolikę obrzędów.
Wycieczkę rozpoczęliśmy od cmentarza, położonego na wzgórzu obok wioski. Cmentarz był pełen różnokolorowych krzyży. Białe krzyże wskazywały groby dzieci i ludzi bardzo młodych, niebieskie - w średnim wieku, czarne - starszych. Z cmentarza roztaczał się widok na miasteczko. Wyglądem nie odbiegało od innych meksykańskich miejscowości.
W niedziele na głównym placu miasta odbywał się targ, na który przyjeżdżali mieszkańcy wiosek położonych wysoko w górach. Z duża ciekawością obserwowałem kolorowo ubranych Indian, którzy namiętnie sączyli coca-colę. Charakterystyczne rysy twarzy i ubiór przyciągały wzrok turystów. Niestety zdjęcia można było robić jedynie z wyznaczonych miejsc. Niestosowanie się do zakazu groziło sporem z grupą indiańskich ochroniarzy z dużymi białym pałami.
W San Juan Chamula jest skromne muzeum poświęcone Indianom zamieszkującym okolicę. Po zwiedzeniu muzeum udaliśmy się do miejscowego kościoła. Już w drzwiach wnętrze kościoła wywołało szok. Podłoga była pokryta suchą trawą, na której poustawiano cienkie świeczki. Przy ścianach stały naturalnej wielkości figury Świętych. Na figurach umieszczono małe lusterka, który zapewniały modlącym się Indianom kontakt ze Świętymi. Szczególnie zaskoczył mnie główny ołtarz. W centralnym miejscu stała figura Jana Chrzciciela, patrona miejscowości. Nie było tam monstrancji, ani Ukrzyżowanego Chrystusa. Dowiedzieliśmy się, że w kościele nie ma księży. Tylko wierni opiekują się przybytkiem Boga. Katolicki ksiądz z San Cristobal de Las Casas jest zapraszany do kościoła na chrzciny nowonarodzonych dzieci i na tym jego udział w życiu duchowym Indian się kończy. W San Juan Chamula nie są odprawiane mszę, Indianie bez udziału kapłanów modlą się do Boga i Świętych w języku Tzotzil.
W kościele odprawiane są obrzędy lecznicze z udziałem szamanów. Rodzina z chorym członkiem i szamanem przychodzi do kościoła. Szaman bada puls chorego i na tej podstawie stawia pierwszą diagnozę. Następnie za pośrednictwem kurzych jaj, kurczaków itp. szuka głębszych, duchowych przyczyn niedomagań. Miejscowi wierzą, że każda choroba ciała ma swoją genezę w duszy. Najgorsza choroba to urok rzucony przez indiańską wiedźmę. Po postawieniu diagnozy szaman przystępuje do leczenia. Ustawia na podłodze w kościele kilka rzędów różnokolorowych świec i odprawia modły. W ten sposób leczy duszę, nakazuje również terapie ziołową - to dla ciała. Niemniej jednak najważniejsze jest uleczenie duszy. Gdy chory zostanie wyleczony cała rodzina przychodzi do kościoła i modli się za łaskę uzdrowienia. Większość Indian korzysta z pomocy szamanów i dopiero w ostateczności zwracają się do 'cywilizowanej' służby zdrowia.
W religijne rytuały indiańskie na dobre wpisała się coca-cola. Picie gazowanych napojów ułatwia bekanie. A Indianie wierzą, że w ten sposób można wypędzić złe duchy. Szamani nie stronią również od picia alkoholu. Stan upojenia ułatwia kontakt z duchami.
Po opuszczeniu kościoła natknęliśmy się na procesje. Na jej początku dość szybko jechały udekorowane auta, a za nimi szybko idąc i czasami podbiegając piesi uczestnicy procesji.
Wycieczka do San Juan Chamula była bardzo ciekawa, aczkolwiek zbieranie opłat od turystów zwiedzających kościół trąciło czystą komercją.
Następny dzień i kolejna wycieczka, tym razem do Kanionu del Sumidero (160 pesos). Kanion jest położony nad rzeką Alto Grijalva i w najwyższym miejscu ma ok. 1 km. Robi wrażenie. Dla mieszkańców Stanu Chiapas kanion ma szczególne znaczenie. W okresie podboju przez Hiszpanów miejscowi Indianie nie mogąc sprostać potędze konkwistadorów woleli popełnić samobójstwo niż poddać się Hiszpanom. Skoczyli oni ze szczytu skał do rzeki. Poza tym kanion jest symbolem stanu.
Wieczorem, czekając na nocny autobus do Palenque kilka razy zagraliśmy w bilard w miejscowej spelunie. Wzbudziliśmy duże zainteresowanie wśród miejscowych. Widać turyści nie zaglądają do tego typu barów.

Palenque, Aqua Azul


Przepięknie położone w dżungli ruiny starożytnego miasta Majów (przejazd do ruin 10 pesos+wstęp do parku 10 pesos+45 pesos wejście) zwiedzaliśmy z przewodnikiem (250 pesos za grupę 4 osób). Obejrzeliśmy najciekawsze budowle kompleksu.

W Palenque są zarówno zrekonstruowane budynki jak również częściowo odkopane przez archeologów ruiny. Te ostatnie świetnie pokazują jak dżungla wchłonęła piękne miasto Majów oraz jak długotrwały będzie proces eksploracji obszaru 15 km2, na którym znajdują się jeszcze nieodkryte budowle starożytnej cywilizacji. Największe wrażenie zrobiła na mnie piramida słońca i księżyca oraz pałac z malowidłami ukazującymi Majów w modlitewnej kontemplacji. Na koniec poszliśmy do miejscowego muzeum. Jednak eksponaty nie są specjalnie ciekawe i można sobie odpuścić tą atrakcję.
W Palenque przenocowaliśmy tylko jedną noc w bardzo fajnym hotelu ( 350 pesos za pokój 4 osobowy).
Następnego dnia, dla odmiany wybraliśmy się na przyrodniczą wycieczkę do Aqua Azul (125 pesos). Obejrzeliśmy piękny wodospad, można było wejść za strumień spadającej wody. Później kąpaliśmy się w orzeźwiającej wodzie. Kąpiel urozmaicał piękny widok kaskad wodnych i otaczającej przyrody.

Merida, Celestun


Kolejna noc i kolejny przejazd autokarem, tym razem do Meridy (306 pesos). Duże miasto, w którym upał jest nie do zniesienia. Merida jest postkolonialnym miastem z kilkoma ciekawymi kościołami i darmowym zoo.
Akurat trafiliśmy na ostatni weekend karnawału. W każdym meksykańskim mieście ostatki są organizowane bardzo hucznie i tak też było w Meridzie. Ulicami miasta wolniutko przejeżdżały karnawałowe platformy, które jednocześnie stanowiły reklamę produktu np. piwa. Na platformach w rytm latynoskiej muzyki tańczyły skąpo odziane conchity. Z platform rzucano widowni różne gadżety i słodycze. Pomiędzy pojazdami szli w rytm muzyki tancerze poprzebierani za mityczny herosów lub barwnie odziane w pióra tancerki i dzieci. Wzdłuż ulic miasta licznie zgromadzili się mieszkańcy i turyści. Na koniec poszliśmy na jeden z placów miasta. Odbywał się tam koncert muzyki latynoskiej. Bawiliśmy się do 2 w nocy. W rytm żwawej muzyki tańczyli miejscowi i turyści. Poczynania taneczne turystów wprawiały mniej tolerancyjnych Meksykanów w niezły ubaw.
Po hucznej karnawałowej nocy pojechaliśmy na niezorganizowaną wycieczkę do Celestun nad Zatoką Meksykańską (40 pesos). Tam wynajęliśmy łódź motorową (150 pesos) i popłynęliśmy oglądać miejscowe ptactwo, namorzynowy i skamieniały las. Wycieczka obfitowała we wspaniałe widoki fauny i flory (zachęcam do obejrzenia zdjęć) i stanowiła doskonały relaks po nocnych szaleństwach.
Kolejny dzień rozpoczęliśmy pół godzinnym marszem z plecakami w 30 stopniowym upale do dworca autobusowego. Na dworcu kupiliśmy bilety do Chichen Itza i po trzech godzinach jazdy autokarem byliśmy na miejscu.

Chichen Itza, Tulum, Coba


Wynajęliśmy na jedną noc bardzo skromny pokój za 150 pesos z atrakcjami w postaci dwóch sympatycznych jaszczurek. Wieczorem obejrzeliśmy pokaz światła i dźwięku wśród ruin miasta Majów. Pokaz był średni, ale niebo nad Chichen Itzą cudowne, pełne gwiazd.
Następnego ranka spakowaliśmy plecaki i zaczęliśmy zwiedzać ruiny. Wstęp kosztował 95 pesos. Ruiny w Chichen Itzy należą do najlepiej zachowany i zrekonstruowanych. Poza charakterystycznymi dla kultury majów budynkami warto zobaczyć największe w Meksyku boisko do gry w piłkę - pelota. Gra w piłkę zarówno występowała w kulturze Majów, jak i Azteków i miała znaczenie religijne. Reguły gry zmieniały się z czasem. Generalnie należało przerzucić ciężką kauczukową piłkę przez kamienną obręcz bez używania rąk. Bardzo często życie przegranej drużyny było poświęcane bogom. Zawodnicy musieli być bardzo zmotywowani.

Poza boiskiem podobała mi się ściana czaszek i platforma tysiąca kolumn. W sumie zwiedzanie zajęło ok. 3 godzin. Osobiście uważam, że ruiny w Chichen Itza wraz z Palenque i Teotihuacan do najciekawszych w Meksyku.
Kolejnym punktem wyprawy było Tulum. Połączenie z Chichen Itza jest doskonałe gdyż autobusy zatrzymują się tuż przy ruinach. W Tulum znaleźliśmy nocleg po 300 pesos za bungalow. W pokoju były trzy łóżka i hamak, na którym spałem 3 dni. Pierwsza noc nie była najłatwiejsza, ale później przyzwyczaiłem się.
Następnego dnia po dietetycznym śniadaniu-sok i sałatka owocowa poszliśmy zwiedzać miejscowe ruiny. Starożytne miasto Majów było otoczone murem i położone nad samym morzem. Te dwie cechy wyróżniają Tulum od innych ruin w Meksyku. Po obejrzeniu ruin relaksowaliśmy się w ciepłych wodach Morza Karaibskiego.
Tulum stanowi dobry punkt wypadowy do zwiedzania ruin w Coba. Położone są one w dżungli na dość dużym obszarze. Dla chętnych istnieje możliwość wypożyczenia roweru. My wybraliśmy opcję pieszą. Moją uwagę przyciągnęła największa piramida o okrągłych kształtach. Z jej szczytu roztaczał się wspaniały widok na otaczającą dżunglę i jezioro. Po powrocie zjedliśmy wspaniałą rybę miejscowej knajpie, a wtorkowy wieczór przed Środą Popielcową spędziliśmy na zabawie racząc się Mescalem z robakiem.


Cozumel, Isla Mujeres


Kolejny ranek powitaliśmy na lekkim kacu, ale dzielnie spakowaliśmy plecaki i ruszyliśmy w dalszą drogę. Autokarem dojechaliśmy do Playa del Carmen(25 pesos) i później promem (110 pesos) na Cozumel. Na wyspie znaleźliśmy nocleg po 220 pesos za pokój. Po południu zwiedziliśmy miasto, które dzieli się na dwie części. Od strony morza kurort z drogim restauracjami, barami i sklepami, a im bardziej w głąb lądu miasto nabiera meksykańskiego charakteru. Duża wadą wyspy jest brak piaszczystych plaż. Polecono nam plażę pod nazwą Korona oddaloną o kilka kilometrów od miasta. Pojechaliśmy tam taksówką za 100 pesos. Okazało się, że plaża to kompletne dno, a okolica potwornie zniszczona przez huragan Wilma. Jednak zdecydowaliśmy się wypożyczyć rurki i maski, żeby podziwiać tutejszą rafę koralową. Niestety niszczycielska siła huraganu zdewastowała również tą atrakcję. Przedstawiciele miejscowych biur turystycznych zapewniali, że za 70-100 USD można wykupić nurkowanie z butlą w miejscach, gdzie rafa zapiera dech w piersiach. Jednak bardzo w to wątpię.

Rozczarowani rozreklamowanym Cozumelem pojechaliśmy na Isla Mujeres. Wyspa jest popularna wśród amerykańskich turystów, czytaj droga. W przewodniku Pascala - 9 edycja, opisano wyspę jako w miarę tanią i przyciągającą plecakowych turystów. Niestety, nie jest to już aktualne.
Po złażeniu całego miasteczka udało nam się znaleźć nocleg po 300 pesos za pokój dwuosobowy. Centrum turystyczne stanowi główna ulica wypełniona drogimi knajpami i sklepami. Na szczęście wystarczy wejść w boczną uliczkę, gdzie można zjeść dużo taniej w towarzystwie Meksykanów. Ostatnie dni spędziliśmy na leżeniu na pięknej piaszczystej plaży wśród palm oraz kąpieli w cieplutkich i czyściutkich wodach morza Karaibskiego. Wadą kąpieliska jest płytka woda. Trzeba przejść ok. 500 m zanim woda zacznie sięgać do piersi.
Życie nocne na Isla Mujeres zostało zorganizowane pod Amerykanów. W większości klubów grają muzykę country lub pop. Piwo w barach kosztuję po 30-40 pesos, czyli dwa razy więcej niż w innych miejscach. W sobotni wieczór, szwędając się po mieścinie trafiliśmy do fajnego klubu, wypełnionego Meksykanami. Na żywo grał zespół z Kuby. Muzyka i atmosfera w klubie była wyśmienita. Miło było po raz kolejny popatrzeć na wspaniały pokaz salsy w wykonaniu Meksykan. Co pewien czas kubańscy artyści urządzali różne quasi-taneczne konkursy. Najbardziej podobała mi się rywalizacja pań w kręceniu tyłkami.
W ostatnim dniu wyprawy, ponownie wybraliśmy się na snorkeling. Tym razem w okolicach Isla Mujeres. Niestety ponownie się okazało, że meksykańska rafa nie ma porównania do np. egipskiej. W trakcie wycieczki złowioną ogromną rybę i przy nas usmażono ją na grillu. A później była prawdziwa uczta i to był najlepszy punkt wycieczki. Ostatnią noc spędziliśmy na plaży. Kąpaliśmy się przy blasku księżyca. I tym romantyczny akcentem zakończyliśmy wakacje. Pozostało jeszcze ok. 20 godzin w samolotach i na lotniskach.

Przydatne Informacje
  • Czas Meksykański: Warszawa - 7h. Waluta Peso ; 1 USD = 11 Pesos - kurs z lutego 2006 roku.
  • Największe wydatki związane były z przelotem ok. 1000 USD, przejazdami po Meksyku i wycieczkami wykupywanymi w miejscowych biurach podróży
  • Po Meksyku najlepiej podróżować wynajętym samochodem lub autokarami. Ze względów finansowych wybraliśmy drugą opcję. Dostępne są trzy klasy autobusów : ekonomiczna, I klasa i lux. Warto podróżować nocą autokarami pierwszej klasy. Wprawdzie jest ona droższa od ekonomicznej jednak bezpieczeństwo i komfort rekompensują zwiększone wydatki.
  • Posiłki. Jedzenie w Meksyku jest bardzo smaczne. W zależności od upodobań można je doprawić sosami np. chilli. W szczególności polecam zestawy obiadowe lub śniadaniowe. Jest to najbardziej ekonomiczny sposób żywienia. Warto stołować się w restauracjach, w których jadają miejscowi. Zazwyczaj jest tam jedzenie świeże i smaczne. Najgorsze są knajpy dla turystów z USA - bardzo drogo i kupa Amerykanów.
  • Meksykanie nie są namolni. Czasem zaczepiają turystów i zapraszają do kupienia pamiąteczki lub wycieczki. Wystarczy grzecznie podziękować i odchodzą.
  • Meksyk to bardzo sympatyczny kraj, zamieszkały przez miłych ludzi. Uśmiechem odpowiadają na uśmiech, szczególnie dziewczyny. I o dziwo nie traktują tego wyrazu sympatii czy podziwu dla urody jako molestowania seksualnego. Bardzo często samochody zatrzymują się przed pasami, żeby przepuścić pieszych, którzy jeszcze nie weszli na ulicę. Generalnie jest tam bardzo fajnie.
  • Ruch uliczny jest dobrze i bezpiecznie zorganizowany. W miastach ulice są w większości jednokierunkowe, a na większych skrzyżowaniach ustawiono sygnalizacje świetlną. Przy drogach nie ma praktycznie znaków, może poza, ALTA czyli naszym STOP.
  • Targowanie czyli negocjacje handlowe. Można próbować zbić cenę przy zakupie pamiąteczek, zwykle o ok. 30-40%. W przypadku noclegów zwykle cennik jest wywieszony przy recepcji i pole manewru jest znacznie mniejsze.























































































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz